W piątek 19 sierpnia na ekrany polskich kin wchodzi film, pt. „Boska Florence”. Ponieważ miałem okazję widzieć to dzieło kilka dni temu na pokazie przedpremierowym, dlatego z wielką przyjemnością podzielę się z Wami moim odbiorem tego filmu.

Jak pewnie niektóry z Was wiedzą, jestem miłośnikiem talentu aktorskiego Meryl Streep. Oglądam jej filmy z zaciekawieniem i za każdym razem wychodzę z kina bijąc pokłony dla jej kunsztu oraz umiejętności odtwarzania bardzo różnych ról.

Gdy w lutym albo marcu zobaczyłem po raz pierwszy zwiastun filmu „Boska Florence” wiedziałem, że za kilka miesięcy będzie czekać mnie seans pełen radości i wzruszeń. Tak się też stało.

„Boska Florence” to historia śpiewaczki, która pomimo zupełnego braku talentu wokalnego, potrafiła wypełniać małe i duże sale koncertowe (z „Carnegie Hall” włącznie!), ale to to także historia kobiety dotkniętej niezawinionym cierpieniem, które naznaczyło całe jej życie.

Ten film bawi i wzrusza. Te film stawia też poważne pytania, a niekiedy też każe łapać się na uproszczonych ocenach.

W „Boskiej Florence” – ku mojej radości – pojawił się też temat coachingu. Florence Jenkins korzysta z vocal coachingu. Nie chcę zdradzać wiele z tego tematu, ale myślę, że moi koledzy i koleżanki coachowie, po obejrzeniu „Boskiej” będą stawiać pytania o zasady etyczne człowieka, który „uczył” Florence śpiewu.

„Boska Florence” z Meryl Streep i Hugh Grantem to – według mnie – film, który koniecznie trzeba zobaczyć. Ten film doprowadził mnie do płaczu ze śmiechu, co nie zdarza mi się zbyt często. Ten film pokazał mi też czym jest pragnienie szczęścia i jak ważne jest, aby kochać to, co się robi, bo jest to gwarancją tego, że pozostawimy po sobie jakiś ślad.

Oferta
O mnie
Kontakt