Od dwóch tygodni na blogu zajmujemy się tematem przebaczenia. W pierwszym artykule podjąłem temat przebaczenia, a także szkodliwych stereotypów, które krążą wokół tego tematu (tekst znajdziecie tutaj), a w zeszłym tygodniu przedstawiłem kilka myśli związanych z przebaczeniem krzywdzicielowi, który żyje i któremu czujemy się na siłach stawić czoła. Obiecałem też, że w kolejnym tekście temat będzie kontynuowany. Dlatego dzisiaj kolejna porcja wskazówek odnośnie przebaczenia. Tym razem będę się zastanawiać jak przebaczyć osobie, która odeszła, nie żyje, albo takiej, której nie czujemy się na siłach stawić czoła.

Małe przypomnienie

Najpierw jednak kilka słów przypomnienia dla tych z Was, którzy pominęli pierwszy artykuł. Temat przebaczenia jest na tyle delikatny i ważny, że nie odważyłbym się pójść dalej bez przywołania fundamentalnych kwestii. Pierwsza z nich jest taka, że pewnych krzywd nie da się zapomnieć i że można przebaczyć naszemu krzywdzicielowi jednocześnie pamiętając krzywdę, którą nam wyrządził. Druga – ściśle złączona z pierwszą – że przebaczenie to świadoma i dobrowolna decyzja o tym, że nie będziemy mścić się na osobie, która wyrządziła nam krzywdę, a trzecia, że prawdziwe przebaczenie dokonuje się na fundamencie prawdy. Nie można mówić o przebaczeniu, gdy zaprzeczamy przykrym emocjom, które towarzyszą krzywdzie, albo – w imię zasad społecznych – uznajemy naszą krzywdę za niebyłą lub nieważną.

Czy można przebaczyć nieżyjącemu winowajcy?

Bywa tak czasem w naszym życiu, że krzywdziciel nie żyje, wyjechał i nie mamy możliwości nawiązania z nim kontaktu, bądź też nie czujemy się na siłach, aby prosić go o rozmowę. Czy w takiej sytuacji możliwe jest przejście przez proces przebaczenia? Zdecydowanie tak! Jak to zrobić? Przedstawię Wam dzisiaj pewien sposób, który sprawdził się zarówno w moim życiu jak i w życiu wielu osób, z którymi pracowałem.  Reguła postępowania jest bardzo podobna do tej, którą zaproponowałem Wam w pierwszej części artykułu „Jak przebaczyć?” (znajdziecie ją tutaj), ale forma jest inna, dopasowana do innych okoliczności.

Napisz list

Pierwszym krokiem w tej formie jest napisanie listu do naszego krzywdziciela. List ma być do bólu szczery. Mamy w nim opisać całą naszą perspektywę związaną z zadaną nam raną. Warto, abyśmy pisząc ten list nie używali „języka grzecznych dziewcząt z dobrych domów”, ale pozwolili sobie na każde słowo, które przychodzi nam do głowy. Nie musimy się obawiać, że te słowa zranią drugą stronę, ponieważ list piszemy tylko dla siebie.

Zaangażuj emocje

Powstrzymanie się od cenzurowania naszego języka w czasie pisania listu, ma na celu danie upustu emocjom. Pozwólmy, aby żal, smutek, rozgoryczenie czy złość wyszły z nas w czasie pisanie listu do krzywdziciela. Pozwólmy sobie na wszystko, co będzie dla nas bezpieczne i co pozwoli rozładować emocje trawiące nas od środka.

Słuchaj siebie

Pisanie takiego listu może nam zająć kilkanaście minut, ale może też trwać kilka dni. Dajmy sobie ten czas. Dopasujmy rytm pisania do tego, jak się czujemy. Słuchajmy swojego ciała, słuchajmy też serca. W tej formie „mówienia” o krzywdzie, nie musimy dopasowywać się do drugiej osoby. Robimy to dla siebie i zgodnie z naszym rytmem.

Odpocznij

Gdy poczujemy, że list jest gotowy, odłóżmy go w miejsce, w którym nikt z niepowołanych nie będzie miał do niego dostępu. List będzie nam jeszcze potrzebny. I dajmy sobie czas na odpoczynek, na złapanie oddechu. Wspominanie krzywd nie jest łatwe. Pozwólmy więc naszemu ciału, aby odpoczęło, a czas odpoczynku dopasujmy do naszego stanu ducha i emocji.

Zmiana perspektywy

Gdy emocje wyciszą się na tyle, że będziemy w stanie wrócić do sprawy, kolejnym krokiem będzie postawienie się w roli naszego krzywdziciela. Ten krok dla wielu osób jest trudniejszy niż napisanie listu. Spróbujmy sobie wyobrazić, że list dotarł do adresata i że on zechciał odpisać. Naszym zadaniem jest teraz napisanie listu do nas samych, ale z perspektywy krzywdziciela. Ważne jest to, abyśmy spróbowali sobie wyobrazić, że krzywdziciel zrozumiał swój błąd i wyraża skruchę. Oczywiście to jest tylko założenie, bo takiej pewności mieć nie możemy, jednak dla nas samych warto takie założenie uczynić. Napiszmy więc do siebie list, w którym „krzywdziciel” wyraża żal za to, co zrobił, przeprasza nas i prosi o przebaczenie.

Problem ze zmianą perspektywy

Wielu ludzi twierdzi, że nie potrafi sobie wyobrazić takiej perspektywy. Niektórzy uważają, że jest to zaprzeczanie rzeczywistości. Rozumiem to i szanuję. Do tego, aby komuś przebaczyć nie jest potrzebne aby druga strona wyrażała skruchę i przepraszała nas za wyrządzone zło. Jeśli więc Ty nie jesteś w stanie uczynić takiego założenia to odpuść i pomiń ten krok i wróć do swojego listu, aby dopisać jego zakończenie.

Drugi list lub post scriptum

Ostatnim krokiem jest podjęcie decyzji o przebaczeniu. Jeśli udało Ci się przyjąć perspektywę krzywdziciela i odpowiedzieć na swój list to na tym etapie napiszesz do niego kolejny. A jeśli nie to wróć do tamtego listu i dopisz post scriptum. Ostatni moment to czas na powiedzenie „przebaczam”. To ten moment, w którym podejmujesz ostateczną i nieodwołalną decyzję o tym, by nie mścić się na osobie, która wyrządziła Ci krzywdę.

Rytuał na przypieczętowanie

Przypieczętowaniem tej decyzji może być rytuał, w czasie którego zniszczysz korespondencję, która powstała w procesie przebaczenia. Możesz więc podrzeć na drobne strzępy to, co napisałeś, zakopać to gdzieś w lesie, albo spalić. Niech sposób, w jaki to zrobisz, nabierze formę rytuału.

Jeśli macie jakieś pytania odnośnie tego, co napisałem albo chcecie się podzielić swoją perspektywą przebaczenia, proszę o komentarze i prywatne wiadomości. W przyszłym tygodniu zajmę się tematem przebaczenia Bogu. A tych z Was, którzy potrzebują pomocy w prowadzeniu lepszego życia, zapraszam do skorzystania z life coachingu. Wszelkie informacje znajdziecie na mojej stronie.